
Dwupłytowa kolekcja z największymi gwiazdami muzyki country.
- Wykonawca Various Artists
- Data premiery 2016-01-04
- Nośnik CD

Dwupłytowa kolekcja z największymi gwiazdami muzyki country.

Legendarny wokalista soulowy William Bell, powraca do macierzystej wytwórni Stax Records, aby wydać wymownie zatytułowany, pierwszy od prawie czterdziestu lat album „This Is Where I Live”. Bell, kompozytor i wykonawca wielu znanych standardów, takich jak „You Don’t Miss Your Water”, „Private Number”, „Every Day Will Be Like A Holiday”, czy “I Forgot To Be Your Lover”, tym razem napisał większość utworów razem ze zdobywcą nagrody Grammy – Johnem Leventhalem.Album został opatrzony napisanym specjalnie na tą okazję tekstem autorstwa historyka muzyki Petera Guralnicka, który zauważa, że krążek „jest pełen życiowych mądrości, nieosiągalnych dla młodszych wykonawców”. Nad muzyką unosi się dyskretne napięcie, choć jest ona wykonana w sposób subtelny i opanowany.„W moim wieku”, tłumaczy Bell, „doświadczenie pozwala człowiekowi na akceptację swoich wad i ograniczeń. Przyjmuję je, jestem z nimi pogodzony. Kiedy piszę melodię lub słowa, jestem szczery do bólu”.To nastawienie wyraźnie słychać w utworze otwierającym album – „The Three Of Me”, który charakteryzuje się typową dla Bella bezpośredniością. Artysta opisuje w nim człowieka, który stracił swoją miłość.Innym mocnym punktem albumu jest ciężki „Poison In The Well”, opowiadający o toksycznej miłości, czy autobiograficzny utwór tytułowy. Bell pokazuje też swoją balladową duszę w „I Will Take Care Of You” – adresowanym do chorego przyjaciela. Efekt jest powalający.Kariera Williama Bella rozpoczęła się w latach 50-tych. Dziś, po wielu latach, legendarny muzyk powraca do świata muzyki w wielkim stylu.

Ólafur Arnalds konsekwentnie buduje swój wizerunek jednego z najzdolniejszych młodych kompozytorów. Wzbogaca dotychczasowy neoklasyczny styl szeroką gamą wpływów, od elektroniki poczynając na minimalizmie kończąc. Jest artystą czerpiącym z różnorodnych źródeł przy zachowaniu charakterystycznego dla siebie, rozpoznawalnego stylu. Od debiutu w 2007 r. (Eulogy for Evolution) 26-letni Islandczyk z Mosfellsbær, miasteczka na przedmieściach Reykjaviku, rozsławił swe nazwisko dzięki licznym projektom, w których wziął udział. Wystąpił w Europie, Ameryce Północnej i Chinach, dając małe, kameralne koncerty, które dzięki tej konwencji pozwoliły zalśnić w pełni jego talentowi. Nowy, trzeci album studyjny tego artysty For Now I Am Winter ukazuje inne jego oblicze. Arnalds odnajduje własną niszę mimo odwołań do tego, co znane: muzyki Maxa Richtera, pejzaży dźwiękowych Sigur Rós czy neoklasycznych kompozycji Jóhanna Jóhannssona. Nowe nagrania wnoszą wiele nowości w stosunku do poprzednich albumów. Podczas gdy fortepianowe kompozycje z poprzednich płyt w wolnym tempie wyłaniały się z pojedynczych tonów, tak tutaj spotykamy bardziej zwarte, złożone utwory. Na poprzednich płytach podstawą był zwykle fortepian i smyczki, a elektronika pojawiała się jako swoisty dodatek, rzadko porzucający swą peryferyjną rolę. Obecnie dynamika utworów uległa zmianie. Pomimo, że struktura pozostaje w większości przypadków tradycyjna, myślenie Arnaldsa o pozostałych elementach cechuje większa odwaga. Największa zmiana dokonała się czasie ostatniego roku. Choć wiele obecnej muzyki powstało w przeciągu kilku miesięcy i wydawało się, że wszystko jest gotowe, okazało się, że jednak czegoś tej muzyce brakuje. „ Miałem gotowy cały album, ale czułem, że jest on taki sam, jak poprzedni. Był dobry, ale to nie był dla mnie wystarczająco duży krok naprzód”. Olśnieniem była dla artysty rozmowa z przyjacielem, który zachęcił go, by był „bardziej na bieżąco z muzyką, nie tylko z Twitterem”. Ta rada podziałała. Arnalds był bowiem stale obecny w sieci, kontaktował się z fanami przez Twittera, Facebooka i stronę internetową, uaktualniając wpisy codziennie i donosząc o postępie prac i metodach realizacji Living Room Songs czy Found Songs. Wziął sobie do serca zdanie kolegi i zdecydował się cofnąć o kilka kroków wstecz, by zmienić taktykę. Szybko okazało się, co powinno ulec zmianie. Amerykański kompozytor Nico Muhly został poproszony o pomoc przy aranżacjach orkiestrowych. „Chciałem, by wziął to, co już mam i urozmaicił pod względem faktury, czyli żeby np. zawierający dwa dźwięki motyw rozpisał na trzydzieści różnych instrumentów”. Pełniejsza orkiestracja sprawiła, że For Now I Am Winter oddycha pełnią płuc, zmienia się, różnicuje. Wyraźne są też zmiany dynamiczne, biorąc choćby pod uwagę filmowe prawie Only The Winds stanowiące jeden z najbardziej dramatycznych i głębokich momentów całego albumu. Minimalizm wcześniejszych kompozycji nie jest już tak widoczny. Największy skok w porównaniu do tego, co było, widać na przykładzie zastosowania wokalu. Wcześniej sugerowano wprawdzie Arnaldsowi, by zaczął współpracować z którymś ze znanych wokalistów, ale „żaden nie odpowiadał mi tak do końca. Czułem się do tego niejako zmuszony, co poskutkowało tym, że nie mogłem się pozbyć wrażenia, że robimy to bez przekonania i wyraźnego powodu”. Ale współpraca z Arnórem Danem Arnarsonem z Agent Fresco podczas nagrań utworu na płytę Ryuichi Sakamoto (znajdującego się na obecnym albumie pod nazwą Old Skin) okazała się tak miłą niespodzianką, że głos tego artysty pojawił się jeszcze na trzech innych ścieżkach: For Now I Am Winter, Reclaim i A Stutter.Wpływ Arnóra widać na całej płycie, również tytuł pochodzi od niego. Jego zaangażowanie w projekt było nie tylko udziałem jako artysty muzyka, lecz także jako przyjaciela. „Cały album to wynik naszych wspólnych pomysłów, jego wpływ widać nawet w tych utworach, w których on sam nie występuje. Jego głos wpłynął na moje decyzje odnośnie do wszystkich utworów”. Dowodem jest chociażby piosenka tytułowa – zupełnie inna od wszystkiego, co powstało wcześniej. 18 miesięcy temu trudno byłoby pomyśleć, że taki utwór powstanie.For Now I Am Winter to największy krok, jaki w dotychczasowej karierze zrobił Arnalds. „Pragnę skupić się na tym albumie, bardzo w niego wierzę. Myślę, że jest to najlepsza rzecz, jaką do tej pory zrobiłem. Cieszę się, że zdecydowałem się spróbować czegoś nowego”. Dla Arnaldsa idea rozwoju i cyklicznej zmiany jest stała i konieczna dla twórczości. Trzyma się jej ściśle, co widać na obecnym albumie – słychać, jak bardzo Ólafur Arnalds rozwinął się jako kompozytor, ale także mamy szansę poznać go jako autora piosenek.

Koncertowy album zespołu zawiera 63 minuty muzyki, w tym 6 premierowych utworów zarejestrowanych w ramach Tennis Music Festival.

Po jednym z najgłośniejszych albumów heavymetal'owych 2018 roku – „A Prelude To Sorrow”, dark metalowa formacja Witherfall prezentuje „Vintage”, wydawnictwo będące ukoronowaniem ich debiutanckiego tournee po Europie. Muzycy do współpracy zaprosili gitarzystę Iced Earth - Jake'a Dreyera oraz wokalistę Sanctuary - Josepha Michaela. Album zawiera 40 minut muzyki pełnej urokliwych, akustycznych wersji utworów „Vintage”, „Ode To Despair”, coverów Tomma Petty'ego oraz formacji Helloween i wiele innych. Wydawnictwo ukazuje się na płycie CD oraz na płycie winylowej.

17 października 1996 r. na nowojorskiej scenie w Carnegie Hall zebrał się zespół weteranów i miłośników muzyki jazzowej, aby oddać hołd człowiekowi znanemu bardziej z tworzenia niezapomnianych filmów niż wspaniałej muzyki. Jednak wszyscy fani Clinta Eastwooda - zwłaszcza Ci, którzy podziwiali go jeszcze zanim 30 lat wcześniej zaczął reżyserować filmy - mogą poświadczyć, że wielokrotnie nagradzany gwiazdor jest również niepoprawnym miłośnikiem jazzu, który wyjątkowo łączy formy muzyczne ze scenariuszami swoich filmów. Dołącz do Joshuy Redmana, Christiana McBride'a, Flipa Phillipsa, Charlesa McPhersona, Jamesa Riversa, Slide'a Hamptona, Theloniousa Monka Jr., Kwartetu Kyle'a Eastwooda oraz Carnegie Hall Jazz Band i poddaj się niezwykłemu urokowi tego filmu i muzyki.

„Afrodeezia” – to najnowszy album genialnego amerykańskiego gitarzysty, kompozytora aranżera i multiinstrumantalisty Marcusa Millera. Jego charakterystyczny styl gry na gitarze basowej jest rozpoznawalny dziś na całym świecie. Muzyk ma w swoim dorobki współprace z największymi gwiazdami muzyki jazzowej i nie tylko. min Milesem Davisem, Arethą Franklin, Lutherem Vandrossem, Davidem Sanbornem, czy Alem Jarreau. Jest też laureatem nagrody Grammy w 2001 roku za najlepszy album jazzowy.Oto jak sam muzyk wspomina pracę nad albumem:„Siła oddziaływania muzyki nie zna granic. Dzięki pieśniom z gatunku spirituals, dzięki muzyce jazzowej i soulowej, możemy zachować od zapomnienia naszą historię – szczególnie kiedy inne formy jej zapisu zostały wymazane już dawno temu. Przed rozpoczęciem nagrań poświęciłem dużo czasu na badanie tematu tego albumu, a wielu nowych odkryć dokonywałem już w samym studiu! Moim największym pragnieniem był powrót do źródeł tych rytmów, które sprawiają, że nasze muzyczne dziedzictwo jest tak bogate. Chciałem podążać za nimi od początku, od Afryki po Stany Zjednoczone. Podróżowaliśmy przez Mali do Paryża, z Nowego Orleanu do São Paulo i na Karaiby. Miałem szczęście pracować z muzykami z Mali, Burkiny Faso, Brazylii, Trynidadu...”.„Pewnego razu w São Paulo, grając sambę z lokalnymi perkusistami, uświadomiłem sobie, że ten sam rytm słyszałem już w Maroku, a grał go muzyk gatunku Gnawa. Uważam wszelkie tego typu połączenia za fascynujące. Jak powiedział Taj Mahal: „Nowy Orlean jest najbardziej na północ wysuniętą częścią Karaibów...” Właśnie w Nowym Orleanie graliśmy którejś nocy w studiu do rana, było cudownie. Od kiedy zaczęliśmy ten projekt zdarzyło się tyle wspaniałych rzeczy, których nie mogłem przewidzieć... Na przykład Alioune Wade, basistę z Senegalu, poznałem w 2014 roku na festiwalu Solidarity of Arts w Polsce. Od słowa do słowa, dzisiaj można go usłyszeć w partii wokalnej na płycie Afrodeezia”.„Afrodeezia to moja muzyka. Pokazuje kim dzisiaj jestem: muzykiem otwartym, zawsze czujnym, muzykiem, który swoją prawdziwą osobowość odkrył około 10 lat temu, ale który wciąż się rozwija. Jestem dumny z mojego młodego zespołu: Alexa Hana na saksofonie, Adama Agati’ego na gitarze, Bretta Williamsa na klawiszach i Louisa Cato na perkusji. To ścisła egzekutywa albumu Afrodeezia, wokół nich poruszają się fantastyczni soliści z różnych krajów. Wkład ich wszystkich tworzy nową dynamikę mojej muzyki. Są tu brzmienia, których mogliście jeszcze nigdy nie słyszeć: instrumenty takie jak kora, gimbri, cała grupa perkusjonalii...”.„Nadchodzi nowa era dla czarnoskórych Amerykanów. Coraz bardziej złożone testy DNA pozwalają nam stwierdzić, że nie pochodzimy z Północnej Karoliny, Virginii, czy w najlepszym razie z rejonu Morza Karaibskiego. Dzięki takim testom wiem na przykład, że mam przodków w Nigerii. Te połączenia są rzeczywiste – są w mojej krwi. Afrodeezia to najbardziej wierne odzwierciedlenie osoby, którą dziś jestem. Nowy repertuar sprawia, że nie ma różnicy między Marcusem Millerem w życiu codziennym, a muzykiem, którego oglądacie na scenie. A to zmienia wszystko”.

Grający na elektronicznym puzonie Sebastian Smolyn i obsługujący elektronikę jego brat, Artur, na swoje artystycznej ścieżce wybrali kierunek muzyki improwizowanej. Ich osobiste doświadczenia złożyły się na matrycę dla takiej muzyki, która rządzi się swoimi własnymi prawami i używa wszystkich możliwych środków, by osiągnąć swój cel. Nie ma dla nich stylistyk awangardy, których by nie eksplorowali – ich twórczość jest zainspirowana przez free jazz, nu jazz, noise czy hardcore w wielu różnych postaciach.Po kilku latach wspólnych poszukiwań, do ich dźwiękowych wypraw dołączył wyjątkowy perkusista jazzowy Oliver Steidle – tak powstało trio o nazwie Defibrillator, niezwykle energetyczna formacja, której brzmienie silnie zakotwiczone jest w estetykach grindcore i noise. Kolejnym krokiem w ich karierze stało się zaproszenie do współpracy muzyka, który od lat stanowił dla nich ważną inspirację – Petera Brötzmanna, jednego z najważniejszych przedstawicieli światowego free jazzu i muzyki improwizowanej. Młodość i energia w zestawieniu z wieloletnim doświadczeniem na gruncie eksperymentalnych dźwięków, ale i ciągłą potrzebą eksperymentowania na gruncie mocnych , bezkompromisowych brzmień Petera Brötzmanna - tak właśnie zestawiony został ten projekt.[...] płyta ma mocny, fizyczny charakter i zdecydowanie zaliczyć ją można do wagi ciężkiej, to jednak jest także niezwykle w swej fizyczności pociągająca. Plątanina i gęstość, noise i ściana hałasu o którą rozbija się tu nasza percepcja, to niezwykłe doznanie, o którym można by powiedzieć, że jest "jak dotknięcie wulkanu podczas erupcji". To muzyka, więc nas nie spopieli, ale na pewno będzie to doznanie, o którym zapomnieć się nie da. Koniecznie!(Marek Zając) Muzycy:Sebastian Smolyn: e-tromboneArtur Smolyn: electronicsOliver Steidle: drumsPeter Brötzmann: reeds Tracklista: 1. Anthropozoophilia2. Good Intentions3. The Man With One Ball4. Fuckir5. Uterine Prolapse6. Cellulite Guru

Takiej edycji płyty Kwintetu Trzaskowskiego jeszcze nie było! Album został wznowiony przez Polskie Nagrania w ekskluzywnej reedycji kultowej serii Polish Jazz, znanej fanom polskiej muzyki jazzowej od lat 60. To pierwsze tak obszerne opracowanie w historii tej znakomitej płyty. Album, przy zachowaniu oryginalnej okładki, został wzbogacony dwujęzyczną książeczką z tekstem Tomasza Szachowskiego. Autorem odświeżonego brzmienia jest wybitny reżyser dźwięku - Jacek Gawłowski. Czwarta płyta serii Polish Jazz z nagraniami Kwintetu Andrzeja Trzaskowskiego jest jedną z najwybitniejszych pozycji zbioru. Nagrana w styczniu 1965 roku, stanowi obok „Astigmatic” Komedy manifest twórczy dla jazzu polskiego tamtych lat, a wpływu jej autora na rozwój tego gatunku muzyki w Polsce nie sposób przecenić. Wiernie oddaje kunszt kompozytorski lidera, jego styl improwizacyjny i charakterystyczną poetykę utworów. Wielką wartością płyty są partie solowe członków kwintetu. Błyskotliwy Tomasz Stańko, grający wówczas bardziej otwartym i pełnym dźwiękiem niż obecnie, poszukujący Janusz Muniak, rozdarty między tradycją a jazzem free. Subtelna, zniuansowana, uważnie słuchająca lidera sekcja Jacek Ostaszewski - Adam Jędrzejowski podkreśla jazzowy charakter całości. No i pianistyka Andrzeja Trzaskowskiego, którą tak naprawdę odkrywamy na nowo po latach! Z jednej strony precyzyjna realizacja własnego zapisu partytury, z drugiej zrównoważone, swingujące partie solowe. Trzaskowski umiał łączyć odległe estetyki i adaptować je dla potrzeb własnych kompozycji, które cechował niepowtarzalny styl, stając się z czasem znakiem rozpoznawczym polskiej szkoły jazzu. I na tym m.in. polegała jego wielkość. Płyta dostępna jest również w wersji analogowej.

To chyba najbardziej klimatyczny i przestrzenny album Johna Foxxa & The Maths - zbudowany wokół wolniejszych beatów i i echa muzyki Massive Attack, dub, Japan, Syd Barrett i Dead Can Dance.